poniedziałek, 24 stycznia 2011
jak podać dziecku smectę?

konkretnie rzecz biorąc - niespełna 2.5latce, która doskonale wie, co lubi, a czego nie?

smectę rozpuszczamy, moi państwo, nie w 50 czy 100 ml wody, jak to w ulotce jest napisane, nie. rozpuszczamy w ledwo odrobinie, tak, żeby rozmieszać proszek i utworzyć zawiesinę, którą to podajemy dziecku strzykawką do leków bezpośrednio do buzi. oczywiście, po pierwszej porcji Młodzież się nam zbuntuje, powie "niedobre, nie chcę, nie dawaj mi tego" ewentualnie inne takie. Młodzież, zaznaczmy, jest bajkomaniakiem - a matka Młodzieży te bajki wybitnie ogranicza do 1, max 2, w ciągu dnia.

znamy? znamy.

metoda opisana poniżej jest raczej mało pedagogiczna, ale wielce skuteczna.

- chcesz obejrzeć bajkę? proszę bardzo, ale najpierw musisz wypić porcję lekarstwa - powtórzone kilka razy zadziałało. jak tylko bajka jedna (krótka, 5minutowa mysia) się kończyła - zjawiała się matka ze strzykawką pełną leku i sytuacja powtarzała się. i git. lekarstwo ubywało z kubka. aż raz matka zaspała (noo, zaczytała się) i usłyszała:

- chcę jeszcze bajkę.. mama, przynieś lekarstwo! - zdanie wypowiedziane tonem nie znoszącym sprzeciwu podziałało na matkę jak prysznic.

metoda skutek odniosła, cała porcja została wchłonięta

---------------------------

wiadomo. zamiast bajki można użyć czegoś innego, limitowanego na co dzień. ale czegoś, co dziecię lubi bardzo bardzo bardzo, nie bardzo czy bardzo bardzo.

czasami warto - moim zdaniem - popuścić cugle w imię wyższych wartości - takich, jak tutaj: zdrowie dziecka.

niedziela, 09 stycznia 2011
Witaj w klubie
Kochana!

Pamiętasz, kto Ci powiedział co to pierwiastka, siara, czop śluzowy i że bóle porodowe to tak naprawdę jakby się baaaardzo chciało kupę i że to nieprawda co mówią, że pielucha własnego dziecka nie śmierdzi?

Czuję się więc upoważniona i w obowiązku powiedzieć Ci kilka słów przez Twoim powrotem z macierzyńskiego do pracy. Żebyś nie mówiła, że Cię nie ostrzegałam:)

Prawdopodobnie rozpoczyna się teraz jeden z trudniejszych etapów Twojego życia. I potrwa może nawet kilka lat.

Jako pracująca młoda mama zostaniesz pariasem w swojej firmie, będziesz poruszać się po mieście wyłącznie z wywieszonym językiem, znajdą się nowe pola konfliktów z partnerem, jeśli zaś chodzi o dziecko, prócz Wielkiej Nudy Macierzyństwa odczuwać będziesz całą nową gamę emocji - od wyrzutów sumienia po uczucie, które nasza Zosia opisuje słowami: "mam ochotę TO zrobić, potem zaparzyć herbaty a za dwie godziny wstać i wytrzeć mopem krew z podłogi".

Przygotuj się na masakryczne, monstrualne zmęczenie. Dziecko ma koncertowo w nosie to, że musisz rano wstać a potem przez kilka godzić kontaktować co do Ciebie mówią poważni, dorośli ludzie, którzy Ci płacą. Ząbki, brzuszek, trzydniówka, zły sen, BO TAK, to będzie Cię budzić niezależnie od budzika. Dosypianie po śniadanku wchodzi w grę jedynie jeśli pracujesz w odnodze jakiegoś archiwum...

Będziesz najbardziej zorganizowaną osobą w Twojej firmie. Wszystko będziesz robić dokładniej i szybciej, żeby nie gadali, że nie dość, że pracujesz na pół etatu to jeszcze nie robisz nic i nie ma z Ciebie żadnego pożytku. Poza tym w razie wtopy nie będziesz mogła od tak zostać dłużej, ani wyjść w połowie spotkania, więc - duży kajet i Wielkie Planowanie. A potem trzask drzwiami i biegiem do domu, bo czeka Kosmita, na którego czeka w firmie mama na którą czeka... itd.

Mimo idealnej organizacji i planowania, uważana będziesz w pracy za zło konieczne, dopust paragrafu 187 Kodeksu pracy. Nie będziesz dostawać premii, bo Twój udział w końcowym efekcie pracy zespołu jest mały, nie będą brać Cię do fajnych projektów, bo jesteś teoretycznym najsłabszym ogniwem, dzieciak się rozchoruje i kto Cię zastąpi?  A kadrowa z mściwym uśmiechem będzie Ci wyliczać ile jeszcze zostało Ci do wybrania dni na opiekę nad dzieckiem (60 w roku).

W domu... Tu także zostaniesz mistrzynią mobilizacji i planowania.  Jak wpadniesz po pracy, niczym puchar przechodni Kosmita wręczy Ci Yodasia i trzasną za nim drzwi, a Ty - cóż, co stęsknionego dzidziusia obchodzi, że musisz do kibla, sprawdzić pocztę, usiąść choć na minutę, zjeść coś.
Jeśli w skrytości serduszka myślisz, że powrót do pracy to ucieczka przed WNM - prawdopodobnie jesteś w błędzie. Wielka Nuda pozostanie, jednak będziesz koncelebrować ją wrząc w duszy, bo obiad na jutro hasa po sklepie, na komórce nagrał się szef, a w ciągu ostatnich 48 godzin spałaś 4... Bo dziecko w wieku 8, 10, 12 miesięcy to jest to już zupełnie inne dziecko niż to, które znasz teraz...

Będzie to też duży test dla Waszego związku. Pośpiech, napięcie, zmęczenie, stres, nowy podział zadań to potencjalne źródło konfliktów, o których się Wam w tej chwili nawet nie śni.

Ale będziemy trzymać kciuki.
Witaj w klubie :)))))


* Jest to mejl do mojej psyjaciółki, ale wydaje mi się, że ma pewne cechy uniwersalne, więc wieszam go tu. I zapraszam do dyskusji:)
19:38, gang.stokrotek
Link Komentarze (6) »
wtorek, 14 grudnia 2010
skąd się bierze paranoja?

moje dziecko nie będzie samo chodzic na plac zabaw, nie będzie miało klucza na szyi, nie będzie jadło fast foodów, będzie wszędzie wożone: do szkoły, do kina, na koncerty, do kolegów i będzie zewsząd przywożone: ze szkoły, z kina, z koncertów

paranoja? może...

 

kilka tygodni temu na prtalu gazety ukazał się artykuł "rodzice boją się" z jakże dogłębną analizą tego jak pokolenie dzieci z kluczem na szyi organizuje czas swoim dzieciom, nie spuszczając ich z oka, jest to objaw naszej paranoi, która nie wiadomo skąd się bierze...

artykuł wisiał na głównej stronie kilka dni, obok zmieniały się artykuły, było więc o dziewczynie która została zgwałcona i zabita, gdy wyszła na koncert, było o dziesięcioletniej zgwałconej dziewczynce, było o zaginionej czternastolatce.... zresztą, od tamtego czasu zaginione czternastolatki są już chyba trzy... o pedofilach w żłobku... kolega w pracy opowiedział historię o siedmiolatku który kopnął piłkę w samochód i kierowca za to połamał mu nogi...

wszystko to straszne historie, nie chcę nawet myśleć ile bólu sprawiły rodzicom tych dzieci...

nie wiem, czy to tylko kwestia nagłasniania takich dramatów, czy może faktycznie kiedyś było bezpieczniej, ale każdy taki artykuł sprawia, że najchętniej nie wypuściłabym mojego dziecka z domu, bo niebezpieczeństwo czai się wszędzie: sąsiad, obcy, nauczyciel, kolega, koleżanka każdy może potencjalnie skrzywdzić moje dziecko...

jesli ja mam paranoję, niech tak będzie, ale ta paranoja nie wzięła się z nikąd....

 

środa, 20 października 2010
Jeszcze więcej realizmu?

Tak sobie myślę o tych koszmarach macierzyństwa co to je dekadę temu opisywała Chylińska i dzisiaj Graff i kontrastuję to z mainstrimowym przekazem medialnym.


I myślę, że to nie jest tak, że kobieta nie jest ostrzeżona. Jest, tylko nie mając doświadczenia, nie umie w to, co jej mówią uwierzyć i jednocześnie tworzy błędne założenia. Bo np jakby mnie ktoś zapytał jak to jest mieć niemowlaka, to usłyszałby, że super. Jest luz, czlowiek ma masę czasu na opiekę nad dzieckiem, bo macierzyński, dziecko jest 'grzeczne', bajka.

Co można zinterpretować tak: aha, skoro jest luz i masa czasu to znaczy, że spokojnie pociągnę projekty pracowe, nadrobię zaległą lekturę i udziergam sweterek. Ale to nie tak. Bo ten czas na opiekę nad dzieckiem i niezaharowanie się, na jakiś tam odpoczynek - bierze się z tego, że innych rzeczy się po prostu nie robi. Przeczytanie wciągającej książki np u mnie spowodowało tak koszmarne zaległości we śnie, że cud, że nie zasnęłam na kibelku. Nie ma mowy o czytaniu krytycznym; a kryminał czy chick lit to jest mniej więcej poziom trudności lektury u młodej matki. Nie ma mowy o (zarobkowej) pracy w domu, nie jeśli ma być efektywna.

Moje dziecko jest grzeczne (jakby niemowlę mogło być niegrzeczne, nie lubię używania tego słowa w odniesieniu do niemowlęcia). Tak, jest spokojne, dużo śpi, rzadko się budzi w nocy, ładnie je. Normalnie cud na kijku. Tylko, że w tej rodzinie to ja idę za tym niemowlęciem, a nie ustawiam go sobie pod siebie. Jest spokojne, bo kiedy jest niespokojne, to pakuję je w chustę, noszę i przytulam. Co oznacza, że spędzam z tym dzieckiem przyklejonym do klaty czasem całe dnie i wieczory, a czasem tylko wieczory. Że za wiele w domu nie podziałam, bo na przykład schylanie się z dzieckiem w chuście nie jest wygodne ani dla mnie ani dla dziecka.
Dużo śpi - dlatego, że jest karmione z butelki, więc nie najada się na bieżąco, jak wiele dzieci piersiowych z piersi, a na zapas (dzieci piersiowe po zeżarciu 150 ml mleka piersiowego z butelki też zasypiają na parę godzin). Kiedy jeszcze jadał z piersi, wyglądało to tak, że 15 minut - pół godziny po karmieniu dziecko znów (albo ciągle) było głodne. Głodne dziecko cierpi, a z nim cierpi matka, nie? Choćby dlatego, że ono się ZNOWU DRZE. Więc jakby tak karmić piersią z piersi, to przy niektórych dzieciach i niektórych piersiach można by w sumie prawie nie przestawać, karmiąc 20 razy na dobę. I coś takiego może wykończyć.
Mówię, że dzidzius rzadko się budzi w nocy - co można odczytać jako 'sporadycznie'. A ja mam na myśli, że każdej nocy budzi się tylko 3 razy (ok północy, miedzy 3 i 4, koło 6-7 - co dla mnie na macierzyńskim dalej jest nocą). Dla mnie jest to rzadko, bo budzi się tylko na karmienie i w trakcie zasypia. Tzn jest głodny, a nie wymagający rozrywek. A że jest tak mały, to naprawdę doceniam, że nie funduje mi pobudek co 2 godziny.

Moje życie towarzyskie też zostało podporządkowane pojawieniu się na świecie dziecka - już w trakcie ciąży zresztą, ale to inna historia. Owszem, mogłabym ciągać go po knajpach czy posiadówkach u koleżanek (i nawet potrafiłabym mówić o czymś innym niż dziecko). Ale ja wiem, że to moje maleńkie dziecko takie akcje ciężko przeżywa i odchorowuje zwielokrotnioną potrzebą bliskości, płaczem, niepokojem. I nie ciągam malucha po bujnym 'życiu towarzyskim' - na nie przyjdzie czas z czasem. Na razie mam maile, gg, telefony. Spotkania z pojedyńczymi osobami u nas, albo czasem moje wychodne na mieście na kilka godzin.
Ale czytając w mediach te słitaśne arcie o tym jak to można podróżować z dzidziuchem, jak to maluch jest ciekawy świata itp - znowu trzeba nie mieć kompletnie doświadczenia, żeby nie zauważyć, że takie artykuły są o niemowletach dużych, raczej  co najmniej rocznych. Nie o noworodkach i małych niemowlętach. A to zupełnie inne kosmosy.

Jakbym była inną osobą, to o tym samym dzidziusiu mogłabym powiedzieć, że non stop się drze, terroryzuje nas, ciągle chce jeść, nie pozwala matce nic koło siebie zrobić, nie pamiętam, kiedy przespałam noc bo się ciągle budzi i jestem do niego uwiązana bo nie mogę nigdzie wyjechać.
Wystarczy chyba elementarny brak próby wczucia się w dziecko i zakładanie, że to taki mały terrorysta, który walczy o władzę w domu i usiłuje coś dla siebie ugrać kosztem biednej uchetanej matki.

22:15, gladys_g
Link Komentarze (4) »
niedziela, 02 maja 2010
Młoda w gipsie - c.d.

jak sobie radzi Młoda w gipsie? ano, nienajgorzej, a wręcz powiedziałabym, całkiem dobrze.

dowody na zdjęciu:

dziecko z gipsem

tak, ona szła z tymi dwoma wózkami na raz. bo taką wizję zabawy miała.

bo przecież - chcieć to móc! :)

sobota, 24 kwietnia 2010
Młoda w gipise

stało się.

Miśkalinka, żywy prawie 21-miesięczniak, z pomocą koleżanki zgruchtała się ze stolika swojego. fatalnie upadła - centralnie na łokieć. a jakieś 10 minut wcześniej zdjęłam z niej sweter, bo jej za ciepło było. w samym bodziaku biegała, z łokciami na wierzchu.

i co. i gips.

nie, nie mam wyrzutów sumienia. nie obwiniam się, że to moja wina. nie, nie obwiniam ani dziewczynki, która ją popchnęła, ani jej matki. tak, utrzymujemy nadal kontakt. tak, planujemy się dalej spotykać.

niektórzy na całość sytuacji patrzą z niedowierzaniem: "ale jak to...?", inni - z potępieniem, czasem maskowanym, czasem nie. a ja to mam gdzieś.

bo co, pilnować ich non stop, każdy kroczek śledzić..? sienieda. nie.

stało się. w środę wieczorem, 3 dni temu.

dzisiaj już jesteśmy trzy dni bliżej końca terapii.

dostałam opiekę do końca miesiąca (a może i dłużej? się okaże) - więc mamy bonusowy czas dla siebie. nie, nie łatwy czas, bo z gipsem, na zupełnie innych warunkach niż kilka dni temu. ale tak to potraktujmy. jako bonus, coś ekstra.

nie będę się nad sobą, nad nią, nad nami użalać. wycisnę z tego tyle, ile się da. zaopiekuję, zatroszczę się, dostarczę rozrywek odpowiednich do sytuacji (przynajmniej mam taki zamiar szczery).

dobrze będzie, prawda..?

poniedziałek, 12 kwietnia 2010
Plan na macierzyństwo, punkt karmienie

Obmyslam sobie plan na swoje macierzyństwo, które za kilka miesięcy się zacznie.
Dziś na tapecie mam karmienie niemowlęcia.

Metody karmienia noworodków i niemowląt znam tylko dwie: karmienie piersią i karmienie mlekiem modyfikowanym głównie butelką. Jeśli ktoś usłyszy o innym sposobie - nie wiem, zamawianie baby pizza z pizzerii na wynos czy polowanie z niemowlęciem w lasach podmiejscich na grubego zwierza - proszę koniecznie dać znać.


Co do karmienia piersią, to muszę przyznać, że sam koncept jest nadal dla mnie dość odpychający. Sok z człowieka, wyciekanie - fuj. Ale z drugiej strony - jestem skłonna przyznać, że ma swoje pewne zalety. Mityczne chudnięcie przy karmieniu piersią - to argument, którego będę się trzymać i nie próbuję go weryfikować. Biorę na wiarę. Kolejny argument za - samodzielne produkowanie pożywienia jest tanie. W obliczu finansowania życia człowiekowi przez nastepne dwadzieścia parę lat tych kilka miesięcy oszczędności na pożywieniu nie robi specjalnie różnicy. Ale z drugiej strony ganianie po dodatkowe zakupy spożywcze do apteki i wydawanie kasy, której można nie wydawać też mi się nie uśmiecha.
Zatem - pomimo lekkiego obrzydzenia koncepcją karmienia piersią (tak, jestem dziwna i nawet nie pytajcie, co sądzę o porodzie. Dobra, powiem Wam - planuje uniknąć w ogóle) postanowiłam spróbować i dać sobie i osobie która nieświadoma mych dylematów rośnie w moim podbrzuszu szansę na rozpoczęcie życia w trybie slow foodowym, któremu zresztą osobiście hołduję od czasów sprzed powstania tej nazwy. Spróbuję karmić piersią.

Ale, ale.
A co, jeśli nie będę miała pokarmu? Jeśli dziecko nie będzie chciało jeść z piersi? Jeśli będzie mnie bolało? Jeśli będę czuć jakikolwiek inny dyskomfort? Cóż - wtedy bez żalu przejdę na mleko modyfikowane.

Dzięki karmieniu butelką bliską więź z dzieckiem uda się nawiązać i mnie i dziecka ojcu. A na tym, by taką więż mieli bardzo mi zależy.

Obca jest mi koncepcja za wszelką cenę walki o laktację bo nie przypisuję mleku matki nadprzyrodzonych właściwości. Nie wierzę w hiperodporność nabywaną przy karmieniu piersią. Nie wierzę w ochronę w ten sam sposób przed alergiami.
Rozglądam się wokół i widzę wokół ogromną ilość chorowitków, alergików i okazów zdrowia - bez wskazania na to, kto jak był w niemowlęctwie karmiony. Czytam na forach posty kobiet szczerze zdziwionych tym, że ich piersiowe dzieci zapadają ciągle na jakieś infekcje. I uważam, że nie warta skórka wyprawki.

Nie będę też o to walczyć, bo walka z własnym ciałem jest mi ideologicznie wroga. Moje ciało jest manifestacją i częścią mnie i zdecydowanie bardziej wolę z nim współpracować, niż prowadzić wojnę. Do tej pory to podejście się sprawdzało i zaprawdę, powiadam Wam, nie sądzę, by nagle miało przestać.

A o karmieniu bardzo mądrze - polecam czytać tutaj.

środa, 07 kwietnia 2010
cc

po magicznych dwóch kreseczkach zaczyna się czekanie... i z każdym dniem zbliżamy się do tej niesamowitej, wyczekiwanej chwili, pełnej uniesień i radości.. do porodu..

wróć, to nie tak...

z przerażeniem wyczekujemy tej strasznej, bolesnej, nieuniknionej... bynajmniej nie chwili... tych godzin, a może dni... tak nadal zdarzają się szpitale, gdzie rodzi się trzy dni...

no ale zwał jak zwał nadchodzi poród

i nie jest ważne ile książek przeczytałaś w trakcie ciąży, ile filmów obejrzałaś, z iloma koleżankami o tym rozmawiałaś - nic i nikt nie przygotuje cię na to co przeżyjesz, po prostu nie rodziłaś, to nie jesteś w stanie ogarnąć tego co się będzie działo

i nie ma reguły na to jak będziesz się czuła po porodzie... i tu dochodzę do sedna tego o czym chciałam napisać - na forach, w prasie istnieją dwa obozy - obóz porodu naturalnego i obóz cesarki, każdy przytacza dowody na to, że dana metoda jest lepsza...

kobiety które chcą cc bywają napiętnowane jako "leniwe" "egoistki", straszone problemami z gojeniem się ran, bólami brzucha, przytaczane są argumenty o lepszej więzi, o tym że przeciskanie się przez kanał rodny jest zdrowsze dla dziecka...

a przecież każdej, nawet tej hipernaturalnej może zdarzyć się to, że cc będzie potrzebne...

nie ukrywam, gdy szłam do szpitala bałam się naturalnego porodu, w sumie chciałam cc, ale postanowiłam, że nie będę nic robić, żeby mieć cc na tzw "żądanie" i gdy po 9 godzinach porodu, mój synek nie ustawił się do wyjścia z wdzięcznością przyjęłam decyzję lekarzy o cc

i leżąc w szpitalu widziałam dziewczyny po porodzie sn, które ledwo się ruszały, a ja miałam to szczęście że po cc szybko wróciłam do formy

ja sobie chwalę cc i jeśli następnym razem bym miała wybierać to poproszę o cc bez tych 9 godzin ;)

a gdybym nawet miała większe problemy przy dochodzeniu do formy to chyba wolę żeby mnie bolało, niż gdyby podczas porodu sn lekarze musieli użyć próżnociągu czy innych tego typu narzędzi

"wybór" metody porodu, to nie wybór koloru lakieru do paznokci, nie zawsze mamy na to wpływ, a czasem szybka cesarka jest lepszym wyjściem zarówno dla mamy jak i dla dziecka niż upieranie się przy porodzie sn, czasem długi poród sn i tak kończy się cesarką...

czasem tak ratuje się życia...

 

piątek, 05 marca 2010
Po ludzku – Po mojemu ludzku czy po twojemu?

Obejrzałam trzy części wywiadu z panią Otffinowską na gazecie.pl. Już wcześniej kojarzyłam jej nazwisko z akcją Rodzić Po Ludzku i ze skrajnymi opiniami na internetowych forach – od uwielbienia za początek wyzwalania porodu w Polsce z okowów medykalizacji, a rodzącej spod tyranii personelu medycznego, po skrajną niechęć za negatywny stosunek do interwencyjnego uśmierzania bólu podczas porodu.

W dużej mierze zgadzam się z panią O. – trzeba walczyć o zmianę podejścia do rodzenia w Polsce. Bardzo bym chciała, żeby następne pokolenie kobiet mogło usłyszeć od nas, matek, że poród to fantastyczna sprawa. Niesamowita, choć bolesna, momentami nieprzyjemna, wizualnie odstręczająca, ale pomimo tego piękna.

Jednak jeszcze ważniejsze jest dla mnie to, aby kobiety rodziły tak, jak chcą. Jeśli chcą rodzić w domu pod opieką położnej – niech tak rodzą. Jeśli chcą rodzić w szpitalu w kameralnej salce podpięte do znieczulenia – niech tak rodzą. Jeśli chcą mieć cesarskie cięcie na życzenie – niech je mają. Niech ktoś bez emocji wytłumaczy przyszłej matce, jakie są plusy, minusy i zagrożenia każdej z opcji, a potem zostawi jej i jej partnerowi podjęcie decyzji.

Niestety, w Polsce coś takiego jak zaufanie do ciężarnej nie istnieje. Po co zostawiać kobietom wybór, skoro na pewno wybierzemy źle? W rezultacie wygrywają idee, a często przegrywają matka i jej dziecko.

Pani O. wraz z zespołem opracowują projekt wprowadzający nowe standardy porodowe. Kobieta ma rodzić w wybranej przez siebie pozycji i w wybranym przez siebie otoczeniu. Ale czy będzie jej przysługiwać znieczulenie? Od tej sprawy pani O. umywa ręce – przecież to nie mieści się w definicji porodu fizjologicznego!

W kieszeni nie tyle otwiera mi się nóż, co materializuje się ogromna siekiera. Szczególnie że chwilę później pani O. przyznaje, że biorąc pod uwagę warunki, w jakich rodzą kobiety w Polsce, nie można się dziwić, że pragną znieczulenia. I dodaje, że trzeba to uregulować, bo jak na razie o uśmierzaniu bólu decyduje zawartość portfela, a to jest wątpliwe moralnie.

Kto więc ma to uregulować, droga Pani O.? Czy widzi Pani w Polsce kilkanaście komisji pracujących nad humanitaryzacją różnych aspektów porodu? Czy wierzy Pani, że ktoś w niedługim czasie zajmie się prawem rodzącej do znieczulenia? Czy przez te dobrych kilka lat pracy w fundacji Rodzić Po Ludzku nie zdała sobie Pani sprawy, że potrzeby i prawa rodzących są dla polskiej służby zdrowia na szarym końcu listy priorytetów, daleko za zakupem cieszących oko doniczek na kwiaty do pokojów pielęgniarek?

Skoro zaszła Pani tak daleko, skoro może Pani wpłynąć na poprawienie tak wielu porodowych realiów, dlaczego nie podjąć próby regulacji sprawy znieczulenia, a potem nie zostawić kobiecie wyboru? Dlaczego??? Pewnie dlatego, że kretynka będzie miała chęć z uśmierzenia bólu skorzystać, a to się kłóci z ideą. O, przepraszam – z IDEĄ.

Ja miałam szczęście przeżyć ciążę i urodzić Robaka w Holandii, kraju często przedstawianym przez zwolenników odmedykalizowania porodu jako bliski ideałowi. Tylko że brak interwencji medycznych w fizjologię porodu nie jest tu osią idei. Na każdym kroku czułam, że najważniejsze są MOJE wybory i MOJE decyzje. Służba medyczna jest po to, żeby mi w nich pomóc, a nie podejmować je za mnie.

Po pozytywnym teście ciążowym spotkałam się z lekarzem pierwszego kontaktu. Decyzja pierwsza – Czy chce pani, aby ciążę prowadził lekarz ginekolog czy wykwalifikowana położna? Wybrałam tą drugą opcję.

Decyzja druga – poród w domu, w centrum narodzin czy w szpitalu? Rodzenia w domowych pieleszach bez anestezjologów w gotowości i oddziału neonatologii nad głową nie potrafiłam sobie wyobrazić, więc wybrałam szpital. Położna nawet powieką nie mrugnęła. Opowiedziała tylko wstępnie o tym, jak wyglądają wszystkie szpitalne procedury. No i oczywiście do samego końca mogłam zmienić decyzję. Mój wybór, one przyjadą wszędzie tam, gdzie będę chciała.

Pod koniec ósmego miesiąca ciąży położne niepokoiły się, że Robak nie był jeszcze przekręcony głową w dół. Umówiły mnie na USG i wytłumaczyły, że nawet w takiej pozycji mogę próbować rodzić naturalnie. O takiej możliwości decyduje lekarz. Ale oczywiście ja mogę zdecydować się nie ponosić ryzyka i od razu wybrać cesarskie cięcie. Decyzja numer trzy (której koniec końców nie musiałam podejmować, bo Młody leżał tak, jak dziecko gotowe do desantu leżeć powinno).

Kiedy zbliżał się termin porodu, położna przeprowadziła ze mną rozmowę o farmakologicznych i niefarmakologicznych sposobach uśmierzania bólu. Dowiedziałam się, że decyzję (numer cztery) o tym, czy pomoc w walce z bólem jest mi potrzebna, podejmuję ja sama. Odmówić mi może jedynie lekarz, który uzna, że podjęcie takiej interwencji jest w danym momencie porodu niebezpieczne lub po prostu jałowe. Zapewniła mnie jednak, że jeśli kobieta potrzebuje znieczulenia, robi się wszystko, żeby je podać, bo trzeba walczyć o to, żeby poród nie był dla matki traumatycznym przeżyciem.

Historia zagmatwała się w połowie dziewiątego miesiąca. Duże dziecko, mało wód płodowych – wywołujemy poród. To znaczy – według naszej wiedzy powinniśmy wywoływać, ale to pani podejmuje ostateczną decyzję.

Poród to oczywiście szereg decyzji podjętych przez mnie i Misiesława. Wszystko co ze mną robili, było poprzedzone wyjaśnieniem i opisem konsekwencji (oraz poziomu bólu, o który pytałam się chyba milion razy). No i uśmiechem i zapewnieniem, że wszystko będzie dobrze.

Kiedy Robak pojawił się na świecie i wykrzyczał swoją opinię na temat chłodnej i jasnej sali porodowej, pojawiło się następne pytanie: Czy będzie pani karmić piersią czy mlekiem modyfikowanym z butelki? Próbujemy piersią? Świetnie! Zaraz zobaczymy, czy Filip ma talent do przysysania. Gdybym wybrała butelkę, zapewne też usłyszałabym to samo. Pielęgniarka środowiskowa powiedziała mi potem w domu, że do personelu medycznego nie należy podejmowanie decyzji, tylko wspieranie młodych rodziców w wyborach, których sami dokonują. Piękne.

Czy mój poród był idealny? Nie. Ale w żadnym momencie nie odebrano mi prawa do decydowania o tym, jak będzie wyglądał. Kiedy coś budziło mój sprzeciw, zawsze znalazł się ktoś, kto miał chwilę, aby spokojnie mi wytłumaczyć, dlaczego coś będzie się działo tak, a nie inaczej. Pomimo tłumu na porodówce i dzieci wyskakujących z kobiet co chwilę jak na taśmociągu.

Życzę wszystkim przyszłym matkom w Polsce, aby porodówkowe idee w końcu przegrały z prawem kobiet do samostanowienia. I żeby za prawo do decyzji nie było trzeba płacić grubej kasy bez większej gwarancji, że w końcu i tak ktoś nie stwierdzi, że wiele lepiej (wciąż mówię tu o ideach, a nie o krokach medycznie uzasadnionych).

Pamiętajmy, że rodzenie po ludzku ma tysiące twarzy.

Tekst ukazał się również u mnie i na blogu Niegrzecznych Mamusiek.

17:59, fiona_apple
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 01 marca 2010
...
Sprzątam. Amela przegląda jakieś czasopismo. Nagle słyszę radosny okrzyk "Tata!". Zerkam, żeby zobaczyć, gdzie wypatrzyła tatę, a tu na zdjęciu George Clooney ;)
 
1 , 2